Kat w swoim wpisie zauważyła, że powoli robi się już jesiennie. Uwielbiam jesień, a jej początek w szczególności. Jeszcze nie zimno tak, że aby wyjść, muszę szczelnie owinąć się kilkoma warstwami ubrań i najlepiej prewencyjnie włożyć kalosze, a jednocześnie wieczorami w powietrzu czuć już chłód, który skłania mnie do narzucenia czegoś lekkiego.
To czas gorących herbatek, miękkich kocyków i owoców pod kruszonką; wieczorów coraz dłuższych, ale jeszcze nie przytłaczających i dni deszczowych tak bardzo, że cudowne mogą być tylko wtedy, gdy najdłuższą planowaną wyprawą jest ta na balkon.
Mam poczucie, że piszę o tej mojej radości trochę za wcześnie. Jeszcze mają być upały, jeszcze ma być letnio. I choć każdy taki gorący dzień to już zapowiedź jesieni, to… chcę być pierwsza. Chcę cieszyć się tą jesienią, zanim szał na cynamonki, miękkie sweterki i jesienne zatrzymanie rozpanoszy się na dobre. Chcę się cieszyć, zanim popkultura da mi sygnał, że powinnam coś więcej.
Swego czasu rozmawiałam z przyjaciółką o nieprzystawalności popkultury do moich potrzeb. Choć tak po prawdzie równie dużo co nieprzystawalności popkultury było w tym moim wrażeniu złego targetowania. Czytam blogi, które naprawdę nie są dla mnie. Wszystkie te autorki starsze ode mnie ponad dekadę, w zupełnie innym miejscu w życiu niż ja, piszą o rozwoju osobistym, odkrywaniu siebie, czasie dla siebie – słowem wszystkim tym, czego nie potrzebuję od poppsychologii.
O Instagramie nie wspominam, bo to studnia bez dna. Nic innego (może poza Tiktokiem) nie pokaże Ci tak wyraźnie, jak powinno wyglądać Twoje życie i czego nie masz Ty, a mają inni.
Dobrze, że mam tę moją przyjaciółkę. Od czasu do czasu skarży się na to, co wyświetlają jej sociale. I kiedy tak denerwuje się tym, co widzi, bo przecież rozumie, jak działają algorytmy, wszyscy rozumieją, ale jednak… wiadomo… to uświadamiam sobie, że ja w takich momentach nie mogę być lepsza. Irytuję się na system z taką samą niedorzecznością, zamiast po prostu na jakiś czas odłożyć telefon albo przynajmniej przełączyć aplikację.
Wbrew przekonaniom algorytmów napiszę więc, że czasu dla siebie mam dużo, regularnie spędzam go sporo sama ze sobą, w przeciwieństwie do mojego portfela nie mam trudności z obdarowywaniem siebie prezentami, a rozwój osobisty jest dla mnie czymś trochę bardziej subtelnym. Przestałam nawet na potęgę kupować samorozwojowe książki po tym, jak uświadomiłam sobie, że samo ich przeczytanie (jeśli w ogóle przeczytam) nie na wiele się zda.
Jesień nie będzie dla mnie też czasem zatrzymania – nie żyję w pędzie. Prawdopodobnie znacznie bardziej przysłużyłaby mi się motywacja do działania.
Chciałabym, żeby jesień jak najdłużej była dla mnie taka, jaką ją opisałam na początku wpisu: wciąż dość ciepła, pachnąca pieczonymi jabłkami i cynamonem i deszczowa tylko wtedy, gdy mogę ją obserwować z bezpiecznych okien mojego salonu albo, jeśli już koniecznie na zewnątrz, to przynajmniej z perspektywą ciepłej herbatki.
I tego, moja droga, tobie życzę.
A był sierpień. Pogoda prześliczna.
Wszystko w złocie trwało i w zieleni,
https://www.youtube.com/watch?v=2je4MvNfMH0
Wiem, że to podstawówka, ale jednak… https://www.youtube.com/watch?v=I0kB9gQKAq8
A ja jednak nie lubię jesieni. No nie umiem jej polubić, mimo że wiele osób umie tak ładnie o niej pisać. Nie wiem z czego to wynika.
Pamiętam Tallis, która kiedyś napisała ładny artykuł na nieistniejącej już stronie o tym, że jesień to ten czas, kiedy nasza wyobraźnia może działać najbardziej, kiedy sięgamy po książki, możemy, patrząc na deszcz i mgłę, wyobrażać sobie dalekie światy. Ale ja tak nie umiem. Dla mnie jesień jest mokra, smutna i ciemna.
Zima jest, owszem, mroźna, szybko robi się ciemno, chodzenie w śniegu z laską zasługuje na osobny epos heroiczny, ale jest na swój sposób piękna i konsekwentna. Dla mnie jesień jest taka błotnista, taka, no… Ble.
Ale tak cała, Dawidzie? Złota polska jesień, babie lato, jabłuszka, gruszeczki tudzież kasztany to też nie?
No jakoś właśnie nie. Nie wiem nawet dlaczego, ale jesień jest dla mnie bardzo depresyjna.
Co ciekawe, w liceum ją lubiłem, bo to był powrót do szkoły, moje urodziny, ten fajny moment roku szkolnego kiedy jeszcze nie ma zmęczenia… A teraz? Teraz jakoś nie.
tak się zastanawiam i chyba mogę stwierdzić, że mnie momentami każda pora roku, pogoda i okoliczności przyrody potrafią zachwycić i wprowadzić w dobry nastrój. Wszystko też zależne po której stronie szyby okiennej się jest.
Wszystko umiera jesienią po prostu.
@Marolk, @Franek, a Małgorzata Musierowicz pisała, że popołudnia w sierpniu pachną już jesienią. 🙂
@Kat, dziękuję ślicznie <3
@Pajper, pamiętam, jak próbowałeś przekonać mnie kiedyś, że jesień nie została kulturowo zagospodarowana. 😉
Bo nie została! To wszystko to tylko marne próby. xd
Wszystkich Świętych to całkiem udana i bardzo pasująca do tej pory roku sprawa. W każdym razie w polskim wydaniu. O, właśnie, a może my tak lubimy patetyzm, martyrologię i żale, bo Dzięń Niepodległości jest w listopadzie?
@Zuzler, to by wyjaśniało, dlaczego nie świętujemy tak hucznie choćby 4 czerwca.
Ja nie lubię tego tąpnięcia w jesieni, gdy organizm stwierdza, że coś tu, panie, nie tak jest. Ciepło było, a teraz zimno i ciemno. Dlatego ok, ja się, panie, dostosuję i będę zimny i ciemny. Gdyby nie to, lubiłabym jesień. No i fakt, że te pieczone jabłuszka, złociste gruszeczki i inne cynamonki ktoś najpierw musi upiec, żebym ja mogła się cieszyć jesieniarstwem. A pod kocem najczęściej po 15 minutach jest za gorąco. Grzańca nie lubię, bo nie piję alkoholu, a bezalkoholowego nigdzie nie można dostać, takie tam.
Nie musisz leżeć jakoś przesadnie ubrana pod tym kocem. 🙂 A bezalkoholowy grzaniec jest dostępny bodaj w Rossmannie, ale fakt, niezbyt dobry. Chyba że Agatka by go dla mnie przyrządziła, to może wtedy miałby szansę. 🙂
Jabłka piekę sama, choć pamiętam, że kiedyś upiekła je dla nas Alicja. Była bardzo sceptyczna, ale zakochała się od pierwszego kęsa. <3
Cynamonek jeszcze nie robiłam i nie wiem, czy chcę się w to bawić, ale kto wie, kto wie? 🙂
Aaa tam komu się chce te jabłka piec…
Mnie się chce 🙂
Dowiedziałem się gdzie rośnie ozdobna, rajska jabłoń. Będą mini jabłuszka kandyzowane 😀
@Marolk, 😍
Czy rajskie jabłuszka to nie są te koszmarne pułapki, które nazywają się i wyglądają przepięknie, a smakują wręcz przeciwnie?
Ależ Julito, bezalkoholowego grzańca można zrobić własnymi ręcyma.
@Zuzler, jeśli to są te, o których myślę, to są bardzo cierpkie, w sam raz do mnóstwa cukru.
Pani przywoływaczko, proszę się jeszcze wstrzymać z tą jesienią 🙁
Tak, to te cierpkie, taniczne i wręcz gorzkawe. Idealne do mięs.
Eee… Taniczne?
Rajskie jabłuszka są okropne, choć pamiętam, że kiedyś je lubiłam.
Grzańca bezalkoholowego kupowałam w Stokrotce, ale i w Lidlu się zdarzyło.
I jak, grzaniec bezalkoholowy Ci smakuje? Bo mnie jakoś nie przypadł do gustu i nie wiem, czy to ja coś nie tak zrobiłam, czy jak 🙂
Smakował, ale musiał być konkretnie gorący, taki chłodniejszy dużo tracił na smaku.
Dam mu chyba jeszcze jedną szansę, ale jeszcze nie teraz. Jeszcze jest zdecydowanie za ciepło.
Matko, grzaniec w tę temperaturę…
Jak ma być bezalkoholowy, to nie lepiej herbatę zimową wypić?
Na razie tak właśnie myślę, ale że grzańca bezalkoholowego piłam chyba tylko raz, to dam mu szansę. 🙂