Pięć zmysłów i osiem łapek, czyli spełniam nominację Julitki

Rozruszała się ostatnio nasza eltenowa społeczność, a ja dostałam od Julitki nominację. Mam napisać tutaj, na tym oto blogu, o tym, co u mnie, dzieląc tekst na opis pięciu zmysłów. No i proszę, oto efekt.

A do zabawy nominuję Kat oraz Kasię. Czekam, dziewczyny, na Wasze teksty.

Wzrok

Muszę przyznać, że dawno nie zdarzyło się tak mnie samej, jak i w parze z niewidomym przewodnikiem, by ktoś na ulicy lepiej od nas wiedział, dokąd właściwie chcemy iść.

Niemniej to jest realny problem. Wciąż pamiętam sytuacje, w których ktoś był tak bardzo przekonany, że lepiej wie, gdzie chcę się dostać, że potem naprawdę sporo czasu potrzebowałam na to, by się odnaleźć. Nie mówiąc już o legendarnym wciąganiu ludzi do autobusów, czy zwyczajnie o tym, że nie wypada ot tak dotykać obcych ludzi na ulicy, bo mogą sobie tego nie życzyć.

W jednym z przedszkoli pokazałam już dzieciom, do czego właściwie służy biała laska i jak się jej używa, przeszłam nawet przez dywanową ulicę, żeby im to zademonstrować, a potem zaproponowałam, by jedno z nich pomogło mi przez tę samą ulicę wrócić na moje miejsce.

Dziecko podeszło, wzięło mnie za rękę i bez słowa, wyraźnie stremowane, przeprowadziło mnie przez dywan.

– Dziękuję. Dobrze Ci poszło. Jest jeszcze tylko jedna rzecz, którą trzeba zrobić, zanim w ogóle podasz mi rękę. Jak myślisz, co to może być?

– Dzień dobry? Najpierw trzeba powiedzieć dzień dobry.

Zapach

Nie mieszkam sama, ale z moimi domownikami często się mijamy. Tak było i tym razem: oni wyjechali rano, ja wróciłam wieczorem. Uprzedzili, że koty nakarmione, żwirek w kuwecie dosypany, a jeśli chodzi o jajka w lodówce, to trzeba najpierw zjeść te po prawej, bo są trochę starsze. Ogólnie, jak zapowiadali, był porządek. Nawet koty nie zdążyły za bardzo narozrabiać i tylko niewyniesione śmieci czy zmywarka pełna czystych naczyń sugerowały, że wychodzili w pośpiechu.

Dawno już porzuciłam marzenie, że opuszczając dom na dłużej, będę go zostawiać w idealnym porządku, a że wychodząc ostatnio, zapomniałam podstawić pod dyszę ekspresu kubek i zrobiłam sobie kawę… Cóż, te niewyniesione śmieci to naprawdę nie jest problem.

Tylko że był jeszcze zapach. Wyczuwalny najbardziej w okolicach kuwety. Obowiązkowe jej wyczyszczenie pomogło tylko trochę i właściwie nie dotknęło źródła problemu – smród nadal był wyczuwalny. Nie mocno, ale wystarczająco, żeby od czasu do czasu mnie zirytować.

Może coś wokół kuwety? Nie, czysto. Wiedziałam też, że w domu nie ma żadnych innych kocich niespodzianek, przynajmniej jeśli wierzyć przeprowadzającej tę „inspekcję” osobie widzącej.

Zresztą, Boże, czyszczę tę kuwetę regularnie, myłam ją przed wyjazdem – mam przesiewową, tym łatwiej.

Ale umyłam wszystkie części raz jeszcze. Zapach nie zniknął.

Na moment wpadli moi rodzice, zapomniałam poprosić, by się rozejrzeli, a zapach, choć nienatarczywy, wciąż był.

Rozważałam nawet zapytanie domowników – hej, wiecie, co tak intensywnie, acz nienatarczywie śmierdzi? Ale co ja się będę pytać, sama znajdę.

Nasze koty to zwierzęta energiczne, ze skłonnością do bałaganu. Szybko się jednak nauczyły, że nie wolno wchodzić na co wyższe półki, a w salonie zwłaszcza, tak więc stoi na nich mnóstwo drobiazgów, świeczek i zdjęć nie wyłączając. Efekt jest taki, że do tego zakazu stosuję się również ja – po prostu staram się tam niczego nie dotykać.

Tym razem jednak dotknęłam. I pominęłam jedną z półek. Była wysoko, trochę odseparowana od reszty, zupełnie zapomniałam o jej istnieniu.

– O, umierają wam słoneczniki – oznajmiła moja siostra, kiedy wpadła w odwiedziny.

Szkoda, mogłam zapytać, wymieniłabym wodę, a one by przeżyły.

Słuch

Justyna, ta, o której mogliście już przeczytać w nominacyjnym wpisie Julity, ma kotkę. Całkiem chyba ładną, dość dużą i… agresywną. Dość powiedzieć, że moment, w którym przez kilka sekund pozwoliła mi się pogłaskać, z wrażenia opisałam w dzienniku, a odwiedzanie jej w charakterze opiekunki dochodzącej bywa dla opiekunów wyzwaniem wręcz traumatycznym. To po prostu kotka obronna, bez rękawiczek nie podchodź. Próby jej nakarmienia przeszły do rodzinnych legend – jedna osoba nie da rady, muszą być dwie – i stanowiły idealną uszczypliwość w stosunku do Justyny, ostatecznie aż tak agresywne koty spotyka się rzadko.

A potem koty adoptowaliśmy my. Rodzeństwo, żeby było im raźniej. I staliśmy się tym typem sąsiadów, których się nienawidzi, a dla Justyny pewnym dowodem na istnienie dziejowej sprawiedliwości.

Przede wszystkim – jedzenie. Koty miały radar wyczulony na nie tak bardzo, że ja zdążyłam dopiero pomyśleć o tym, by coś sobie przygotować, a one w blokach startowych czekały, by wskoczyć na blat w kuchni. Nie było mowy o pozostawieniu czegoś bez przykrycia. Zjadały wszystko, łącznie z przeoczoną przeze mnie mrożoną frytką czy wylizaniem tłuszczu z patelni. Nawet karmę musiałam nakładać im w osobnym pomieszczeniu. Z jednym „wrzeszczącym” zwierzakiem próbującym wyrwać mi miskę z ręki być może mogłabym sobie poradzić, z dwoma – nigdy. A na pewno nie z takimi dwoma. Właściwie jeśli w domu panowała cisza, a koty nie spały, należało sprawdzić, czy na pewno nie czają się na coś w kuchni.

Po tym, jak kiedyś wylizały zlew do czysta, wraz z resztkami jedzenia i płynu do naczyń, nauczyłam się czyścić go po niemal każdym użyciu. Nigdy później nie miałam tak często tak czystego zlewu.

No i to miauczenie. Jakbyśmy głodzili kociaki co najmniej przez tydzień. A potem pochłanianie jedzenia tak łapczywie, że sprawiały wrażenie, jakby zapomniały oddychać. Jadły, bo mogły, bez limitu i bez opamiętania.

– One nie mogą być w tym jedzeniu tak bardzo ludzkie! – stwierdziła siostra, ta, która kilka miesięcy później ogłosiła śmierć słoneczników.

Były. Jadły, bo miały jedzenie, a gdy nie miały, próbowały je zdobyć. I miauczały, przeraźliwie miauczały.

Długo zajęło im zrozumienie, że nie grozi im już głód. Z ulgą i dumą odnotowywałam każdą miseczkę z niedojedzoną suchą karmą czy każdy posiłek, który udało mi się przygotować bez ich ingerencji.

Ale miauczenie pozostało – ostre, zawodzące, przywodzące na myśl płacz dziecka. Potem doszło do tego rzucanie się na drzwi, z przeraźliwym skrobaniem o nie pazurami. Gdy zamykałam je w salonie (czasem jednak musiałam gotować), wskakiwały na kanapę i wściekle, z wrzaskiem rzucały się na klamkę. No i kardio, najczęściej, a jakże, nad ranem. Jakim cudem osiem puchatych łapek może narobić aż tyle hałasu?!

A nie wspomniałam przecież o zabawach z użyciem rzeczy. Spałam sobie na przykład pewnej nocy całkiem smacznie, a koty już nie spały. Nauczyłam się co prawda całkiem skutecznie je ignorować w tym czasie, ale nagle słyszę głośne buuuuuum! A potem rozbiegły się też kocie łapki. Takiego „buuuuum!” nie mogłam zignorować. Wstałam, półprzytomna wyrzuciłam zwierzaki z pokoju, zapominając o współczuciu dla domowników, pod drzwiami których koty będą teraz koncertować i upewniwszy się, że ani nic nie zostało rozbite, ani rozsypane, poszłam spać dalej.

– OOO, jakaś gruba akcja musiała być u Ciebie w nocy. Deska do prasowania zamiast za szafą, leży na podłodze.

Postępy w jedzeniu są ogromne, w hałasowaniu… cóż, przynajmniej wieczorami na balkonie koty spędzają już czas w ciszy. I tylko gdy skarżę się na poranne pobudki, Justyna wciąż twierdzi, że tak po prostu miało być.

Dotyk

Widziałam już nieraz przyjaźń między zwierzętami, także międzygatunkową. Zawsze jednak, siłą rzeczy, tylko opisywaną. Tymczasem kiedy koty przestały uciekać, gdy tylko próbowałam się zbliżyć i mogłam ich dotknąć, zamiast znaleźć jednego, znajdowałam dwa, czasem wtulone w siebie tak bardzo, że trudno mi było rozróżnić, który jest który. No i to krążenie. Gdy tylko ktoś nadchodził, podbiegały do drzwi i chodziły wokół siebie, raz po raz ocierając się o siebie delikatnie. Przyklękałam, żeby się przywitać, a one, witając się ze mną, jak gdyby witały się także ze sobą. Nawet śpiąc w moim łóżku, początkowo spały przede wszystkim ze sobą.

Czasem wystarczyło wyciągnąć dłoń, żeby zesztywniały i zjeżyły futerko albo czmychnęły za kanapę, ale już po wszystkich sprintach, po wszystkich walkach w łap, nawet po prawdziwych kłótniach, z sykiem i realną agresją, lądowały na kanapie, znowu wtulone w siebie tak bardzo, że nie umiałam ich rozróżnić.

I pomyśleć, że chcieliśmy adoptować tylko jednego.

Smak

Fundacja Prowadnica nie mogłaby być ambasadorką zdrowego żywienia w pracy. Kiedyś jedliśmy fast foody tak często, że bliska byłam stwierdzenia, że nienawidzę Maka i rzucam to wszystko w cholerę.

Mieliśmy dość czasu, by popracować trochę nad tym problemem, ale targi… Tak, na targi czy konferencję dawałam sobie dyspensę. Trudno, ostatecznie nie wszystko da się przeskoczyć.

Jakość tego jedzenia była też różna. Czasem całkiem przyzwoita, czasem nawet wręcz dobra, a czasem… Kiedyś, wiedząc już, co będę jeść, na czyjeś „smacznego” odpowiedziałam odruchowo „dzięki, przyda się.” I czasem właśnie takie było to jedzenie.

Aż do ostatniego wydarzenia, na które Julita przygotowała dla nas gyrosa – pysznego, świetnie doprawionego, którego przy okazji dało się całkiem komfortowo zjeść. Naprawdę był dobry. Jadłam go metalową łyżką z plastikowego pojemnika, nie obawiając się, że jedzenie niepostrzeżenie mi wypadnie, a łyżka złamie się w połowie. (Na jednym z fundacyjnych spotkań złamałam w ten sposób plastikowe sztućce, wyrzucając przy okazji część obiadu na podłogę.)

I wiecie co? Wszyscy troje zgodnie stwierdziliśmy, że mamy ochotę na frytki.

18 komentarzy

  1. Julitka said:

    Oooo, miło mi, ale ten gyros to moja mama robiła. 🙂
    A co do tajemniczego smrodu w domu, to ja już wiem, o czym będzie u mnie zapach, jeśli znów do mnie wróci. xddd

    28 lipca, 2026
  2. Kat said:

    O nieeeee, ale noooo, ok, podejmuję rękawicę, choć kiedy to nastąpi? Postaram się jeszcze w tym tygodniu.

    28 lipca, 2026
  3. Paulinux said:

    Super wpis, śmiechłam kilka razy

    28 lipca, 2026
  4. Zuzler said:

    Och, czyżby these cotties doświadczyły głodu srogiego? Takie są tego objawy, jak czytałam.

    28 lipca, 2026
  5. Julitka said:

    A te koty, niby nie dojadają jej miseczek, a ostatnio zeżarły szynkę, która była zostawiona dla nas. xd

    29 lipca, 2026
  6. Monia01 said:

    @Kat, spokojnie, ja czas mam. 😀

    29 lipca, 2026
  7. Monia01 said:

    @Paulinux, dzięki, nie wiedziałam, że czytasz 🙂

    29 lipca, 2026
  8. Monia01 said:

    @Zuzler, możliwe, adoptowaliśmy je z kociej kawiarni, więc zanim doniej trafiły, łatwego życia z pewnością nie miały.

    29 lipca, 2026
  9. Monia01 said:

    @Julitka, ale ja mówiłam o suchej karmie. Kiedyś dostawały ją znacznie częściej i nauczyły się, że nie muszą jej zjadać od razu, tylko że to jedzonko zawsze będzie. Szybkę zjadły, to w końcu mięso, a i fajnie można się pobawić, próbując wyjąć ją z opakowania. 😀

    29 lipca, 2026
  10. Julitka said:

    @Monia a mi tam ryba, czy to sucha, mokra czy inna pływająca.

    29 lipca, 2026
  11. Monia01 said:

    Im z pewnością nie 🙂 Zresztą mnie też nie, akurat żeby zostawiały dużo mokrej karmy to bym nie chciała.

    29 lipca, 2026
  12. Paulinux said:

    Jeśli zjadły szybkę, to współczuję jednak bardziej im 😛

    30 lipca, 2026
  13. Julitka said:

    A one to by nawet mogły…

    30 lipca, 2026
  14. Zuzler said:

    Koleżanko, ja tylko z małym sprostowaniem. 8, a przynajmniej ze 6, kopytek to ma 1 kot. Myślę, że starczy usłyszeć, jak kot zmyka, gdy coś zrzuci ze stołu albo się przestraszy, żeby się o tym przekonać.

    30 lipca, 2026
  15. Monia01 said:

    @Paulinux, haha, nie zauważyłam literówki. I fakt, przyznaję rację Julitce, mogłyby niestety, bo zaskakująco często rozbijam jakieś szkło albo ja, albo one. Na szczęście nie ciągnie ich na razie

    30 lipca, 2026
  16. Monia01 said:

    @Zuzler, albo jak po wyjątkowo leniwym dniu urządzi sobie maraton po całym domu i wszystkich meblach 😀

    30 lipca, 2026
  17. Zuzler said:

    A to też. A jak urządzą sobie zabawę w berka…

    30 lipca, 2026
  18. Monia01 said:

    Najlepiej jakoś w okolicach trzeciej albo czwartej.

    30 lipca, 2026

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *