Weronika Mathia – „Rdzeń”

Ha! Nie spodziewaliście się, że jeszcze coś tu napiszę, prawda? Cóż, nawet jeśli się spodziewaliście, to ja się nie spodziewałam. 😉
Mam dziś jednak wyjątkowo dobry humor, a ponadto przeglądam sobie blogi w internecie – gatunek (prawie) wymarły i pomyślałam, że skoro jeszcze nie usunęłam swojego, to też chciałabym, żeby był bardziej prawie niż wymarły.
Poza tym znowu! Znowu przeczytałam książkę z niewidomym bohaterem. Co prawda nie w roli głównej, jednak jest on wystarczająco ważny, żeby chcieć się nad tą książką pozastanawiać.

Lubię kryminały i thrillery. Ostatnio czytam ich zdecydowanie mniej niż kiedyś, ale nadal stanowią dobrą odskocznię i zapewniają porządną rozrywkę. Ostatnimi czasy, jeśli sięgałam po pozycje z wątkiem kryminalnym, to były to swego rodzaju kryminały obyczajowe. Jeszcze nie cosy crime, ale też opisy brutalnej przemocy nie przekraczały pewnego komfortowego poziomu. Nie zaskakiwały mnie ani brutalne opisy, ani tajemnice – czysta rozrywka bez większych zdziwień.

„Rdzeń” nie wpisuje się w ten obraz. Nie chodzi o to, że jest szczególnie brutalny w formie. Po prostu porusza tematy, które zawsze wpływają na mnie trochę bardziej.
Mamy tu zaginione przed laty dziecko i siostrę, która zrobi wszystko, by odnaleźć brata. Dodatkowo musi opiekować się chorą na Alzheimera matką. To też ważny wątek. Bo jakie znaczenie ma ukradkowe bełkotanie nieświadomej kobiety? Ile jest w nim prawdy, a co za tym idzie, ile kłamstw wypowiedzianych w czasie, kiedy jeszcze była zdrowa? Wątek Alzheimera i opieki wprowadza do książki dużo intymności i delikatności. Pokazuje kruchość chorej osoby, nieświadomej i zagłębionej we własnej rozpaczy, w tym miejscu siebie i swojej historii, w którym nikt nie chciałby się znaleźć.

We własnej rozpaczy pogrążona jest też Julia – jest to w zasadzie rozpacz tylko trochę bardziej świadoma. Julia tak bardzo zafiksowała się na możliwości odnalezienia brata, że właściwie w jej życiu nie ma miejsca na nic innego. I, jak się wydaje, strategia okazała się słuszna, bo o to chłopak się znajduje. Problem w tym, że jest… niewidomy.
Czytałam tę książkę jakiś czas temu, ale pamiętam, jak bardzo uderzyło mnie, że Damian, bo tak ma na imię chłopiec, tak po prostu wraca do domu. Nie, że sam – w końcu nie widzi – ale po prostu: zostaje przywieziony do domu i… tyle. Jakieś głębsze rozmowy z psychologami itd. mają chyba odbyć się później, tyle że… No, potem to już się dzieje.

Trudno jest opowiedzieć o ślepocie bohatera tak, by nie zdradzić za dużo z fabuły. I to, że w książce wszystko jest nie takie, jak wygląda na pierwszy rzut oka, wcale nie ułatwia sprawy.
Powiem tylko, że niewidzenie Damiana, przez to, że on sam jest dość specyficznym bohaterem, nakreślone jest całkiem dobrze. Co prawda w pewnym momencie pojawia się tam wzmianka o lepszym słuchu i dziwnej aurze, ale jestem to w stanie wybaczyć, zważywszy na okoliczności. Boże, chyba przestaję się czepiać, do czego to doszło?

Jak na ilość nagromadzonej w „Rdzeniu” rozpaczy, kłamstw, bezradności i głupoty ludzkiej – zwłaszcza na końcu – to Damian jest też zaskakująco pozytywnym i optymistycznie usposobionym bohaterem, przez co naprawdę łatwo go polubić. Cóż, sprawdza się tu przysłowie, że im mniej wiesz, tym dłużej żyjesz. I spokojniej, to na pewno.

Historia jest mroczna, z mnóstwem zwrotów akcji, które sprawiają, że wszystkie tropy, które ułożyliśmy sobie w głowie, rozsypują się jak domek z kart. Jednocześnie opowieść nie emanuje przemocą. Wręcz przeciwnie, zaskakująco dużo jest w niej delikatności, intymności i marzeń o lepszym życiu. I choć w ostatecznym rozrachunku po skończonej lekturze pozostałam raczej z pytaniem: „Boże, co tu się właściwie stało?” niż zachwytem: „Jakie to piękne?”, to jednak z perspektywy czasu myślę, że autorka dobrze balansuje między tym, co w ludzkiej naturze najstraszniejsze, a tymi wszystkimi subtelnościami, które sprawiają, że ludzi da się jednak lubić.

Co zaś się tyczy ślepoty bohatera – bo właściwie tylko po to przeczytałam tę książkę – to jest dobrze, kochani, jest dobrze. Czasem dość zaskakująco, ale nadal przyzwoicie.


„Rdzeń” ukazał się nakładem wydawnictwa Czwarta strona. Ja czytałam go w wersji tekstowej, dokładniej na Legimi, ale dostępny jest też audiobook, którego lektorem jest Filip Kosior.

6 komentarzy

  1. Julitka said:

    Filip Kosior powoli staje się jakąś niedosiężną legendą lektorstwa.

    10 października, 2025
  2. Monia01 said:

    To prawda, wiele osób go uwielbia 🙂

    10 października, 2025
  3. Kat said:

    Chyba mnie zachęciłaś, więc sięgnę.

    10 października, 2025
  4. Monia01 said:

    Cieszę się, bo całkiem warto 🙂 Daj znać, co myślisz!

    10 października, 2025
  5. Zuzler said:

    … I tak po prawdzie, nie do końca rozumiem dlaczego. No tak, dobry lektor, nawet bardzo, ale prawdę mówiąc nie pojmuję źródeł tego zachwytu.

    10 października, 2025
  6. Monia01 said:

    Ma taką barwę głosu, która może się wielu podobać. W dodatku czyta dużo i dobrze, wi ęc… 🙂

    10 października, 2025

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *